Pierwszy dzień szkoły po długiej przerwie był dla wszystkich uczniów katorgą. Szczególnie jeśli lekcje zaczynały Eliksiry, na które nie można było się spóźnić. Profesor McPerson był bezlitosny dla spóźnialskich, więc wszyscy stawiali się przed jego klasą w lochach dziesięć minut przed rozpoczęciem lekcji. Wyjątkiem nie były dziewczyny zamieszkujące dormitorium szóstego roku w wieży Gryffindoru. Codziennie rano dosłownie biły się o łazienkę, a krzykom i przepychankom nie było końca.
-Pospiesz się Megan!- Lillyanne stała pod drewnianymi drzwiami łazienki z zalotką i tuszem do rzęs w ręku.- Muszę jeszcze dokończyć makijaż!
-Nigdy nie myślicie ekonomicznie?- Zapytała z przekąsem Lavender, której połowa schowana była właśnie pod łóżkiem, bo próbowała spod niego wyciągnąć lewy but.- Gdybyście wstawały wcześniej, jak my, nie miałybyście tego problemu.
-To zależy, co dla ciebie oznacza ekonomicznie.- Stwierdziła znudzona Lillyanne.- Ekonomicznie dobieram dobie chłopaków.
-Tak, tak, wiemy.- Wcięła się Parvati.-Wybierasz tylko tych, którzy są najprzystojniejsi i najlepiej zbudowani.
-Dokładnie.- Lillyanne uśmiechnęła się do swojego odbicia w małym lusterku na ścianie. Drzwi łazienki otworzyły się, a w nich stanęła Megan z rozczochranymi włosami.- Coś ty tam robiła przez dwadzieścia minut, kobieto?- Zapytała ze zdziwieniem Lilly.
-Nie zdążyłam uczesać włosów.
-I raczej nie zdążysz.- Powiedziała sceptycznie Romilda.- Powinnyśmy już wychodzić.
-Nie mogę tak wyjść.
-Nie będę nadstawiać za ciebie karku.- Romilda wstała z łóżka i skierowała się w stronę drzwi z torbą w ręku.- Rose, idziesz?
-Hę?- Rose podniosła się z łóżka i nieprzytomnie spojrzała na przyjaciółkę. Wciąż myślała o wydarzeniach poprzedniego dnia. Zobaczyła jednak torbę z książkami w ręku Romildy i od razu przypomniała sobie, że muszą iść na lekcje.- A tak, już.
Wyszły pospiesznie z dormitorium zostawiając Megan i Lillyanne.
~*~
-Nie martw się nim.- Romilda i Rose szły w stronę lochów.
-Czemu miałabym się martwić kimkolwiek?
-Eliksiry mamy ze Ślizgonami, a wiem, że nie chcesz widzieć Scorpiusa.- Romilda powiedziała te słowa z wielkim współczuciem w głosie.
-Jakoś przeżyję.- Faktycznie, nie było trudno przeżyć spotkanie ze Scorpiusem, kiedy wiedziało się, że wcale nie zerwał. To był tylko przypadek, zrządzenie losu. A jeśli los chce, by byli razem, to będą. Wciąż tak to sobie tłumaczyła w głowie.
~*~
W klasie Eliksirów było zimno, wręcz dekadencko. W dwóch równoległych rzędach stało sześć drewnianych stołów z ławkami, na nich po cztery kociołki rozstawione równomiernie, by zapewnić swobodę każdemu uczniowi. W głębi sali znajdowała się wielka stara szafa z ingrediencjami do eliksirów i biurko nauczycielskie. Na ścianie wisiała stara tablica z wypisanym już przepisem na kolejny eliksir, który mieli za zadanie przyrządzić. Rose i Romilda zajęły swoje stałe miejsca przy ostatnim stoliku z prawej strony. Naprzeciw niech usiedli Ritchie Douglas-Jordan i Christopher Cadwallader. Środkowy stół po ich stronie zajęli kolejno Lavender, Parvati, Stewart Spinnet-Coote i Jack Hooper. Megan i Lillyanne siedziały przy pierwszym stoliku.
Lewa strona należała do Ślizgonów. Rose spojrzała w ich stronę. Ostatni stolik jak zawsze zajmowali Scorpius, Kenneth Zabini, Geoffrey Pucey i jego dziewczyna Demelza Bletchley. Tym razem obok blondyna siedziała Rosalie Stewart, a Geoff i Demelza przesiedli się do Astorii Bole i Eleny Warrington. Ostatnie wolne miejsce przy pierwszym stoliku zajął Anthony Flint, a pierwszy oblegali Taylor Nott, Malcolm Urquhart i Wincent Higgs. Wzrok Rose znów zwrócił się ku ostatniemu stolikowi, a jej spojrzenie spotkało inne, należące do blondwłosego Ślizgona. Uśmiechnął się do niej ukradkiem, odwzajemniła szybki uśmiech i wróciła myślami do lekcji. Drzwi trzasnęły, a w klasie pojawił się nauczyciel. Profesor McPerson był młodym, dość przystojnym mężczyzną, z licznymi bliznami na twarzy. Jego wzrok przypominał trochę wzrok szaleńca, a jego zachowanie zdradzało przykre wydarzenia z przeszłości. Nikt nie chciał z nim zadzierać, toteż cała klasa skupiła się na wysłuchaniu jego powitalnego przemówienia. Machnął różdżką a na każdym stole pojawiły się ingrediencje do eliksiru, który musieli przyrządzić.
-Dzisiaj macie za zadanie przygotować Veritaserum.- Mówiąc to profesor uśmiechnął się triumfalnie.- Rozumiem, że wszyscy wiecie o czym mówię.- Nikt nie podniósł wzroku znad swojego kociołka.- Tak myślałem.- Machnął różdżką w stronę tablicy.- Wypicie eliksiru prawdy powoduje, że człowiek przyznaje się do wszystkiego i mówi całą prawdę o rzeczach interesujących tego, kto podał eliksir. Wystarczy kilka kropel a osoba, która go zażyła wyjawi swoje najskrytsze sekrety. Zaciekawiło was?- Spojrzał po klasie.- To dobrze, bo każdy przyrządzony wywar będziecie stosować na osobie, którą wam wyznaczę.- Przez klasę przeszedł szmer przerażenia.- Ten eliksir nie jest trujący, ale na wszelki wypadek mam tu antidotum. To do roboty.- Usiadł za biurkiem, a cała klasa zabrała się za przygotowanie wywaru.
Półtorej godziny później wszyscy byli gotowi ze swoimi wywarami, a przynajmniej tak im się zdawało. Profesor McPerson przeszedł po klasie zaglądając we wszystkie kociołki krzywiąc się niemiłosiernie z każdym kolejnym.
-Bez wątpienia wasze wywary nie mają nic wspólnego z Veritaserum. Szybciej z Eliksirem Śmierci, a to też nie do końca wiadome. Oświecę was i powiem, że Veritaserum musi trochę odleżeć, zanim się je wypije. Dlatego mam w schowku zapas.- Zniknął na chwilę za ścianą i przyniósł małą fiolkę z bezbarwną cieczą.- Kto na ochotnika?- Spojrzał po klasie.- Może Malfoy i Flint. Migiem do mnie.- Dwóch Ślizgonów powłóczyło ciężko nogami w stronę nauczyciela.- Malfoy stań po mojej prawej, Flint masz fiolkę, wlej kilka kropli do ust Malfoya.- Marcus wziął eliksir od profesora i niepewnie podszedł do blondyna. Przechylił lekko flakonik, by wylać tylko parę kropel. Pierwsza kropla leniwie spadła na język blondyna, potem druga i trzecia. Drzwi gwałtownie się otworzyły, a w nich stanęła profesor McGonagall, dyrektor szkoły.
-Panie McPerson, czy mogę pana na chwilę prosić?- Powiedziała dysząc ciężko. Profesor wyrwał fiolkę z ręki zaskoczonego Flinta i szybkim krokiem wyszedł z sali za dyrektorką.
Żaden z obecnych w klasie uczniów nie wiedział co robić dalej. Do końca lekcji zostało mało czasu, więc każdy zaczął nabierać do fiolki swojego eliksiru z zamiarem odstawienia go na biurko, jak to robili co lekcja. Rose wyjątkowo się ociągała, w zasadzie nikt się nie spieszył. W końcu nabrała fiolkę eliksiru, zakorkowała ją i powoli skierowała się w stronę biurka nauczyciela. Minęła Anthony'ego, który złapał ją za pośladek, a kiedy na niego spojrzała puścił do niej oczko. Wypuściła z ręki fiolkę, która rozbiła się na kamiennej posadzce, prawą ręką wzięła niewielki zamach i uderzyła Ślizgona prosto w lewy policzek. Tego nie można było nie zauważyć, nikt nie został obojętny na scenę, która właśnie wydarzyła się na środku sali. Flint już sięgał po różdżkę, gdy przed Rose wyrósł Chris z gotową różdżką w ręku.
-Nawet nie próbuj.- Powiedział spokojnie, ale zdecydowanie. Nie znał zbyt wielu zaklęć obronnych, a większości nie potrafił dobrze użyć.- Nie chcesz, żebym zrobił ci krzywdę.- Flint roześmiał się głośno. Wszyscy pamiętali wyczyny Christophera na Obronie Przed Czarną Magią, kiedy to w wyniku rzuconego na Jacka Hoopera zaklęcia Expelliarmus wpadł na ścianę z takim impetem, że przez dwa tygodnie leżał w Skrzydle Szpitalnym. Rose przewróciła oczami, nie mogła sobie wymarzyć gorszego obrońcy.
-Krzywdę?- Zapytał śmiejąc się do rozpuku Anthony.- Na twoim miejscu bałbym się o siebie i osoby za tobą.
-Też tak sądzę.- Odezwała się cicho Rose. Nie chciała być niewdzięczna, w końcu Chris chciał dobrze, ale nie miała w planach Skrzydła Szpitalnego.- Poradzę sobie sama.
-A to dobre.- Wciął się Flint.- Myślisz, że dasz mi radę, maleńka?- Flint zrobił parę kroków w stronę Rose.- Co najwyżej mogę cię podnieść i rzucić na łóżko. A potem zrobię to, o czym nigdy nie śniłaś.- Powiedział z triumfem w głosie. Rose jeszcze nigdy nie widziała większego narcyza. Sięgnęła po różdżkę, ale jej nadgarstek złapała inna, o wiele cieplejsza dłoń.
-Flint, zamknij się wreszcie i oszczędź nam wszystkim słuchania twoich dennych tekstów.- Scorpius wszedł między kłócących się z różdżką w ręku.
-Odezwał się obrońca uciśnionych i Gryfonów.- Zadrwił Anthony.- Zapomniałem, że wlałem ci do gardła Veritaserum. Więc powiedz nam wszystkim, jak to było z Rose? Tylko z soczystymi szczegółami. Słyszałem, że jest niezła w te klocki.- Na twarzy Flinta pojawił się szeroki i szyderczy uśmiech. Scorpius nie odzywał się przez chwilę. Kiedy otworzył usta, Rose nabrała powietrza ze świstem. Była przerażona.
-Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że żadna nie była zadowolona z ciebie Flint. Nie jesteś takim ogierem, za jakiego się uważasz. A teraz spadaj, bo pożałujesz, że w ogóle się odezwałeś.- Scorpius był bardzo poważny. Flint nie wiedział, czemu Veritaserum nie zadziałało, ale odwrócił się do wszystkich, zabrał swoją torbę i szybkim krokiem wyszedł z klasy.
~*~
- Rose, poczekaj.- Scorpius dogonił Gryfonkę przy schodach prowadzących do sali wejściowej.- Zostawiłaś książkę w klasie.- Podał jej ciężki podręcznik z Eliksirów z uśmiechem na twarzy.
-Dzięki.- Odwzajemniła uśmiech i schowała podręcznik do torby.- Niezłe przedstawienie.
-Tak. Flint to dupek. Należało mu się.
-Nie znam go. Nie będę wydawać osądów...
-Bo sama nie chcesz być oceniana.- Dokończył za nią.
-Wyjąłeś mi to z ust. Zastanawia mnie tylko, czy to Veritaserum działa.- Powiedziała zaciekawiona.
-Zapytaj o coś.- Powiedział pewnie.
-O co konkretnie?
-O co tylko chcesz.
-Czy okłamałeś mnie kiedykolwiek?
-Tak.- Powiedział ze smutną miną.
-Wczoraj?-Rose podniosła prawą brew do góry.
-Nie. W piątej klasie. Kiedy powiedziałem, że nic dla mnie nie znaczysz.
-To było dawno temu. Później ci zależało. Teraz już sama nie wiem.
-Więc odpowiem za ciebie.- Scorpius spojrzał Rose głęboko w oczy.- Nadal mi zależy i nie spocznę, póki cię nie odzyskam.- Puścił do niej oczko i odszedł w głąb lochów.
~*~
-Czemu nie powiedziałaś mi o sprzeczce z Flintem?- Alex dogonił Rose na korytarzy pierwszego piętra.
-Cześć. Ciebie też miło widzieć.- Powiedziała zirytowana Rose. Miała już serdecznie dość wypytywania ją o zajście na Eliksirach.
-Racja. Cześć.- Pocałował ją szybko w policzek.- A teraz, czemu mi nie powiedziałaś?
-Bo nie było o czym.
-Oczywiście, że było. Flint cię obmacywał. Zatłukę drania.
-Tak i co jeszcze?- Powiedziała sarkastycznie Gryfonka.- Mówiłam ci już tysiące razy, że dam sobie radę sama. Nie musisz za każdym razem się nadymać i udawać bohatera.
-Zapomniałem, że Malfoy jest twoim bohaterem.- Alex poczerwieniał na policzkach.- Tę część także słyszałem.
-I?- Rose spojrzała na niego z niedowierzaniem. Złościł się nie wiadomo o co.- Scorpius tylko mi pomógł. Ciekawe, czy akceptujesz pomoc Cadwallader'a. Teraz pewnie leżałabym w Skrzydle Szpitalnym.
-Sama też byś sobie nie poradziła. Już ci to mówiłem, ale powtórzę, Ślizgoni to psychopaci.- Na te słowa Rose przewróciła teatralnie oczami.
-Nie wszyscy tacy są.
-Że niby Malfoy jest normalny? Dobrze, że Rosalie przyjechała do Anglii. Masz go z głowy.
-Słucham? Coś ty powiedział?- Rose nie mogła uwierzyć własnym uszom.
-Przeprowadziła się tu z Francji. To znaczy mieszkała w Anglii, ale nie w Londynie. To znaczy tak słyszałem.- Alex poczerwieniał i zaczął plątać się we własnych zeznaniach. Rose przypomniała sobie szczegół rozmowy, którą kiedyś prowadzili. Wtedy wydawał się jej mało istotny, teraz jednak miał gigantyczne znaczenie.
-Twoja siostra uczy się w Beauxbatons.- Powiedziała to bardziej do siebie, niż do Alexa.- Znają się. Więc i ty musiałeś kiedyś o niej słyszeć.- Alex nic nie mówił, ale widział po minie Rose, że jeśli tego nie zrobi i tak to z niego wyciągnie.
-Spotkałem ją we Francji na jakimś dennym pokazie mojej siostry. Pojechaliśmy wtedy z rodzicami.
-I nie raczyłeś mi o tym powiedzieć?
-Nie miałem odniesienia. Czy to ważne?
-Owszem.
-Ważne jest, że jesteś teraz ze mną, nie z nim.
-I tylko o to zawsze ci chodziło, prawda?- Rose odeszła szybkim krokiem w stronę obrazu grubej Damy.
~*~
-Rose!- Gryfonka nie zdążyła wejść do Pokoju Wspólnego Gryffindoru, gdy zza rogu wypadła Alicia Sloper, pałkarz z drużyny Quidditcha.- Musisz iść do Skrzydła Szpitalnego.
-Czemu?- Zapytała znudzona Rose.
-James miał mały wypadek i kazał cię znaleźć. To bardzo ważne.- Na te słowa Rose westchnęła ciężko i odwróciła się bez słowa ku wyjściu. Nie spieszyło jej się w odwiedziny do mało ostrożnego kuzyna. W sumie często lądował w Skrzydle, dlatego nie zaskoczył jej i ten raz. Korytarze były całkiem puste, większość uczniów siedziała właśnie na obiedzie. Z łatwością doszła do Skrzydła Szpitalnego i pewnie otworzyła wielkie białe drzwi. W środku od razu zobaczyła swojego kuzyna, tylko jedno łóżko było zajęte. Podeszła do niego zrezygnowana.
-Co jest?- Zapytała bez entuzjazmu.
-Cześć siostra.- Powiedział z radością James.
-Co ci się znowu stało?
-Poprztykałem się z takim jednym z Hufflepuffu. Powiedział, że nasza drużyna to leszcze i przegramy ze Slytherinem, to trochę mnie poniosło.
-Bardzo w twoim stylu.
-Wiem.- Wyszczerzył zęby.- Nie w tym rzecz. W sobotę jest mecz, a ja nie mogę w nim zagrać. Jako rezerwowy szukający ty wchodzisz. Poza tym przejmujesz dowodzenie.-James nie miał zaufania do innych członków drużyny. Mimo potencjału przywódczego Alicii, zdecydowania Clarissy, czy więzi rodzinnych z Hugo, byli tylko dziećmi. Rose nie była zaskoczona. Średnio co piąty mecz grała za Jamesa, bo, albo wpakował się w jakieś tarapaty i został zawieszony, albo załapał 'kontuzję'.- Młoda, w komodzie przy moim łóżku są plany taktyczne. Opracowałem je w ferie, przejrzyj je wieczorem, a jutro na treningu weźcie się tego nauczcie. Musimy wygrać ze Slytherinem. A teraz idź już, bo czuję, że mi się dziś poszczęści.- Mówiąc to patrzył z wielkim uśmiechem na drzwi wejściowe, w których właśnie pojawiła się Miriam Davis. Rose wstała i mijając przybyszkę skinęła tylko głową w stronę kuzyna.